|
|
sobota, 23 grudnia 2006
Nowhere trip, czyli Spółki wyprawa po Zorzę (część I)
Cofnijmy się pamięcią do przełomu marraskuu i joulukuu, czyli listopada i grudnia. Wtedy to właśnie Spółka (w składzie: Becia, Margarita, Marie, Luc oraz Autor) uznała, że najwyższy czas wyruszyć na Daleką Północ, na renifery, fiordy, Zorzę Polarną i inne egzotyczne bestie.
Jak uznała, tak zrobiła.
Pierwszy etap wyprawy to pociąg do Rovaniemi. Pociąg całonocny, koszmarnie drogi jak na studenckie kieszenie. Dlatego Spółka partyzancko przechytrzyła system ("polish way", jak to określiła Marie, pełna entuzjazmu dla pomysłu), kupując 3 miejsca w drugiej klasie i 2 kuszetki, a następnie potajemnie ładując się na te 2 kuszetki w pięć osób. Było ciepło, wesoło i, rzecz jasna, całkiem przyjemnie.
Poranek w Rovaniemi zimny i mglisty. Rzeka pokryta krą, spowita w błękitno-różową mgłę. Puste ulice, powoli budzący się ruch. Kompleks ratusza, biblioteki i teatru Alvara Aalto - oraz lokalne odniesienia do ich form w dziecięcym placu zabaw. Przed zamarźnięciem w trakcie tych fascynacji Spółkę uratował niewielki kirpis (czyli coś na kształt sklepu z używanymi rzeczami, trochę przypominającego równocześnie bazar i lombard - prawdziwie urocze miejsce) - północni podróżnicy zaopatrzyli się skawpliwie w niepowtarzalne czapki, szaliki, rękawice i wszelakie mieszanki tychże. Nie, żeby nie mieli własnych. Po prostu pojedynczy komplet nie wystarczał, a przy dwóch czapkach na głowie powoli wracało krążenie. Każda rzecz z innej bajki dała w efekcie obraz tragikomiczny, który, podśpiewując meatballs, meatballs, what you gonna do..., żwawo ruszył na dalszą eksplorację.
Z istotnych punktów w Rovaniemi należy jeszcze wspomnieć wizytę w Arktikum - muzeum kultury północy, ogólnie rzecz biorąc. Całkiem ciekawym, ale trochę nużącym. Oraz - po doczekaniu godziny rozpoczęcia oferty weekendowej przez firmę Budget - wynajęciu samochodu, który na resztę wyprawy stał się oficjalnym Pojazdem ekipy.
Na granicy Rovaniemi znajduje się miasteczko Świętego Mikołaja (tego od Coca-Coli oczywiście, nie biskupa), przez które przebiega linia kręgu polarnego. Spółka oczywiście nie mogła pominąć takiej okazji i wparowała do staruszka (zwanego ostatnio przez Onetowych satyryków Małpą w Czerwonym) z niezapowiedzianą wizytą tuż przed zamknięciem biura. Był trochę zdezorientowany, ale nie dał po sobie poznać. Całkiem uprzejmy pan, aczkolwiek kiepsko poinformowany, skoro cała Spółka dostała znaczki "Santa Little Helper" (z reklamą strony internetowej Santa Live!), a nawet zrobiono grupowe zdjęcie przy użyciu jeżdżącego wokół na trójkołowym rowerku skrzata. (Oczywiście, za zdjęcie nikt ze Spółki zapłacić nie miał zamiaru, więc odbitek również nikt nie dostał. Jak to powiedział Michau podczas ichniej wyprawy - It's about faith, not money.)
Grupa Santa Little Bastards (jak się spontanicznie ochrzciła Spółka po wyjściu z Biura) pokręciła się po okolicy, wysłała kilka kartek, próbowała zdemolować fragmenty wystroju oraz odkopać spod śniegu granicę Kręgu Polarnego, aż wreszcie wyruszyła w dalszą drogę.
Dalsza droga wiodła prosto na północ, pośród coraz to bardziej egzotycznych, śnieżnych krajobrazów - których widoczność była jednak ograniczona, bo na Północy dzień bardzo krótki i w zasadzie było już ciemno.
Dzień skończył się kawałek za Inari, w niewielkim, ale przyjemnym mökki (mała drewniana chatka z kominkiem i sauną, głównie na weekendowe wypady). A więc - kolacja, wino, gorące glögi (słodki, korzenny napój na zimowe wieczory, podawać zdecydowanie na ciepło), wreszcie sauna z nagim tarzaniem się w śniegu przy -25°C wokół. Innymi słowy, całkiem udany wieczór.
Rano - pierwszą niespodzianką była przecudnie piękna okolica, której wieczorem nie szło docenić. Spółka doceniała więc rano. Drugą niespodzianką - zupełnie rozładowany akumulator. Oczywiście, odnaleziono kabel, coby podłączyć Pojazd do prądu, odnaleziono gniazdko w przednim zderzaku, odnaleziono gniazdko na ganku mökki - ale kabel okazał się zbyt krótki, a ganek zbyt duży, i nawet podepchnięcie Pojazdu pod sam jego skraj nic nie dało.
Po kilku telefonach wybawieniem stał się lokalny mechanik, którego praca polega głównie na porannym objeżdżaniu okolicy i odpalaniu mieszkańcom samochodów, jeśli z jakiegoś powodu ich nie podłączyli pod prąd. Otrzymuje za to pensję, więc operacja ta nie zrujnowała wątłego budżetu Spółki. Uratowani, mogli ruszyć dalej.
Dalej wiodło przez równiny, pokryte śniegiem po horyzont, z licznymi zamarzniętymi jeziorkami, nielicznymi karłowatymi drzewokrzewami, i jeszcze bardziej nielicznymi reniferami. Większość z nich wyraźnie już dotarła na miejsce swojego zimowania i po drogach plątały się tylko ostatnie niedobitki wielkich stad, z jakichś powodów opóźnione w swojej wędrówce. Niemniej, renifery to renifery - wywołały więc niezmierny entuzjazm Spółki, który swym ogromem spowodował niemały uszczerbek baterii w aparatach, a wreszcie rychły odwrót reniferzego stada poza zasięg słuchu i wzroku.
Wyprawa ruszyła więc naprzód. Jakiś czas później na horyzoncie zarysowała się strzelista linia pylonów mostu, strzegącego granicy z Norwegią. W zasadzie, przejścia zgodnie z wiedzą powszechną powinien strzec troll pod mostem. Nie pojawił się jednak, a było zdecydowanie zbyt zimno, by komukolwiek chciało się schodzić i sprawdzać. Nikt inny zresztą również nie strzegł, po straży granicznej zostały puste zabudowania - dzięki czemu Spółka mogła przemycić nie posiadającą paszportu Marie poza granice Unii.
Norweska część nie różniła się wiele od fińskiej, przynajmniej z początku. Ot - teren zaczął falować, pojawiły się skały, liczba drzew jeszcze zmalała, słońce zbliżyło się do horyzontu. (Choć akurat to ostatnie niektórzy niecnie próbowali zrzucić na niewinny upływ czasu - ale Autor wie swoje i zna Prawdę.)
Słońce w zbliżaniu się do horyzontu trochę zresztą przesadziło, bo około godziny 14:00 jego ogromna, bladoczerwona tarcza zaczęła znikać za pobliskim wzgórzem. Podróżnicy nie mogli jednak pozwolić sobie na wizytę tamże, bo trasa konsekwentnie wiodła ich na północ, powoli sposobiąc się do odbicia na wschód, celem znalezienia cywilizacji oczywiście.
Tutaj Autor relację przerywa, bo dłuższy wpis byłby już zupełnie nieczytliwy. Ciąg dalszy nastąpi, jak się przypuszcza, wkrótce. Oby zdążył przed zimą.
czwartek, 21 grudnia 2006
Podróż powrotna, czyli 24 godziny pomiędzy
Autor chwilowo przebywa poza granicami kraju, znaczy się kraju przyjmującego zwanego Finlandią, znaczy się w granicach kraju, znaczy się kraju ojczystego, zwanego onegdaj Rzplitą. Dzięki temu, po trudach długiego dnia, a także po licznych naciskach ze strony czytelników, Autor spróbuje troszeczkę nadrobić zaniedbanego ostatnio bloga.
(Autor zaznacza, że niektóre inne blogi mają zaległości jeszcze większe - taki na przykład Arim, czy Erwen :-> )
A więc - Autor zacznie oczywiście od końca. Od końca czteromiesięcznego pobytu w Finlandii, czyli wyjazdu świątecznego. Wyjazd zaczął się 19 grudnia wieczorem, kiedy to po całym dniu przeróżnych last-minute, Autor wrzucił pospiesznie rzeczy do plecaka i, z przesiadką w centrum, dotarł na lotnisko w Tampere.
Wysiadł z autobusu idealnie przed zgrabnymi szklanymi drzwiami terminalu. Przez chwilę podziwiał kratownicowe łuki, na których się całość opierała, po czym wszedł do środka. Mało ludzi - pomyślał. Dobrze, będą miejsca przy oknie. Uprzejma pani z obsługi szybko jednak wyprowadziła Autora z błędu, tłumacząc, że jak na Ryanair, to do terminalu drugiego, o tam, następny budynek, za parkingiem.
Terminal drugi okazał się być barakiem na poziomie warszawskiej Etiudy - tyle, że zarówno konstrukcja była z drewna (klejonego, ku zaskoczeniu Autora!), jak i prawie wszystko wewnątrz (np. ściany i ścianki z "nagich" płyt pilśniowych...). Atmosfera tymczasowości zdecydowanie dodaje adrenaliny do lotu. Autora szybko odprawili (nic nie nadawał), sprawdzili (pakując nawet płyn do soczewek w specjalną zamykaną torebeczkę, sic...) i wypuścili do poczekalni. Zasiadł więc Autor na krześle, zaczytał w dramatach Wilde'a i ani spostrzegł, jak jakąś godzinę później pod sam terminal wjechał zaskakująco duży pysk dość niewielkiego Boeinga, figlarnie mrugając do oczekujących pasażerów kolorowymi światełkami.
Po chwili konsternacji wszyscy rzucili się do kolejki, aby dostać jak najlepsze miejsca - a fakt istnienia trzech różnych kolejek, np. dla rodzin z dziećmi czy różnych numerów odprawy, nie zmniejszył wcale narastającego chaosu. Koniec końców pani przy bramce zabrała Autorowi 70% biletu, a z marną resztką wypchnęła na płytę lotniska, na mróz i wiatr. Żadnego autobusu w tej śnieżycy nie zanotowano, więc, targany kolejnymi powiewami, Autor pieszo dotarł do samolotu i wspiął się po stromych schodkach, by znaleźć schronienie, a nawet miejsce przy oknie, w brzuchu stalowego ptaka.
Lot był krótki. Zanim Autor zdążył się przyzwyczaić do zmian ciśnienia w związku ze wznoszeniem się samolotu (Rany, zdążyłem chyba zapomnieć, jak ja nie lubię zatkanych uszu i tych maleńkich przeciążeń... Bardziej od startu nie lubię chyba tylko...), a maszyna już zaczęła (dość gwałtownie) obniżać poziom lotu i zbierać do lądowania (...lądowania. Argh!). O zaskakująco krótkim locie świadczy fakt, że Autor nie zdążył nawet przejrzeć magazynu pokładowego, a stewardessa już zdążyła zebrać je z powrotem, w międzyczasie reklamując Wielką Loterię Pokładową Ryanair (która jednak, o dziwo, nie wzbudziła entuzjazmu podróżujących).
Miejsce przy oknie okazało się godne przypisywanych mu od wieków wartości dopiero w ostatniej fazie lotu - bo Ryga nocą z powietrza wyglądała fascynująco. Migoczące światła w różnych zagęszczeniach, w zdecydowanej większości odbijające się we wszechobecnej wodzie - robiły wrażenie. A to dobrze, bo absolutny brak widoczności Tampere z powodu chmur zdążył Autora zirytować.
Pobyt w Rydze trwał parę godzin, ale trudno go nazwać fascynującym (śniegu nie było). Polegał na dostaniu się na dworzec autobusowy (i ta część była najciekawsza: nowoczesna architektura po drodze była niemałym zaskoczeniem, dobrze, że w drodze powrotnej Autor raz jeszcze się tamtędy przejedzie!), a następnie dwóch godzinach oczekiwania tamże. Co ciekawe, o północy dworzec został zamknięty, a następnie... pobrano od wszystkich drobną opłatę za przebywanie na dworcu po północy. Wyraźnie wschodnioeuropejska mentalność, dość tej Skandynawii! Wreszcie Autor wsiadł do właściwego autobusu, wyraźnie przerażając przy tym pana kierowcę pytaniem o zniżkę studencką, i wyruszył w długą drogę do Wilna. Padał śnieg.
Droga zakończyła się około 6 rano, w bezśnieżnym Wilnie, a dokładnie - na dworcu autobusowym. Ku zaskoczeniu i radości Autora, czynny (od 6-tej) był punkt informacyjny. Miła pani tamże entuzjastycznie poinformowała, że najbliższy autobus do Warszawy odjeżdża o... 23:00. Ale niech się Pan nie martwi, tu obok jest punkt Eurolines, oni też jeżdżą na tej trasie, otwierają o 7:00, tam Pan zapyta... - dodała szybko, widząc groźne iskry na dnie Autorskiego oka.
A więc - oczekiwanie do 7:00. Wcześniej - runda po dworcu w poszukiwaniu rozkładu Eurolines na jakimś plakacie, ale bez rezultatu. O 7:00 Autor wypatrzył chwilę, w której pani otworzyła drzwi lokalu Eurolines, i wparował tam, zanim zdążyła wrócić do biurka. Po chwili dowiedział się, że... o 6:40 odjechał autobus do Kopenhagi, przez Warszawę. - A najbliższy? - Hmmm, najbliższy... Momencik... 22:50, Wilno-Warszawa. Autor cudem powstrzymał wzburzoną krew i wparował do (właśnie otwartego) supermarketu obok, celem uzupełnienia żywności. Powodzenie tej wyprawy trochę poprawiło mu humor.
Po kilku próbach udało się uzyskać odpowiedź na pytanie o stację kolejową, która okazała się być po drugiej stronie ulicy. Znaleziona informacja podała, że pociąg do Warszawy (z przesiadką w Szestokai) odjeżdża o 11:45 - a to już tylko 4,5 godziny czekania. Autor uradowany opuścił budynek stacji i udał się na spacer po okolicy. Padał śnieg.
Niestety, nie udało się znaleźć wyjścia z okolicy, które wskazywałoby na obecność miasta na jego końcu. Każda ulica prowadziła w obszary zrujnowanych baraków i zarośniętych ścieżek, więc Autor, trochę już zmarznięty, zdecydował się wrócić na stację, zjeść coś i przeczekać.
Wrócił, zjadł, przeczekał. "Duchess of Padua", połowa "Lady Windermere's Fan", Big Mac i duże frytki.
Podróż pociągiem - generalnie spokojna, punktowo zaskakująca. Pociąg zatrzymywał się na lokalnych stacjach, a Autor regularnie zapadał w sen. Budził się co pół godziny. Pierwsza pobudka - przedział całkowicie pusty, cisza, pociąg jedzie szczerym polem. Przegapiłem stację, wszyscy wysiedli...? Kontrola czasu - Nie, niemożliwe.... Dalej spać. Druga pobudka - przedział pełen ludzi, wszystkie miejsca zajęte, pociąg tętni życiem, przedział pachnie kiełbasą. No to czas na kanapki i mandarynkę, i dalej spać. Trzecia pobudka - przedział znów pusty, cisza, szczere pole - ale jeszcze nie czas na przesiadkę... Czwarta pobudka - cztery osoby w przedziale. Piąta pobudka - znowu zupełnie pusto. Ale po 10 minutach - Szestokai.
Na peron wysypała się garstka ludzi i jęła rozglądać wokół. A wokół - trzy domy na horyzoncie, rozległe pola, oraz cztery wielkie stalowe dźwigi, ładujące drewno na nieskończony pociąg towarowy na bocznym torze.
Po jakimś czasie nadjechał imponujący, dwuwagonowy pociąg pospieszny ze swojskim PKP na boku. Autor wsiadł, i - czytając, jedząc, śpiąc i gawędząc z współpasażerami - późnym wieczorem dotarł do Warszawy Centralnej. Skąd odebrał go Żuraw z Danielem, wyciągając od razu na miasto - ale to już inna historia.
sobota, 11 listopada 2006
Salmiakki or three and
And now for something completely different. Very short note, 'cause Author has two designs on his shoulders for next two or three weeks, so days suddenly became even more rushy, busy and tiring. Therefore don't expect much for some time.
And in english, 'cause the note's purpose is to say, that on our return trip from Lappland SuperMarie has bravely eaten three salmiakki candies. Yes, three salmiakki candies! Why? Just to force Author to write a note in english. So it goes.
And if some of you don't know yet, what salmiakki is - Author will buy some and bring it back home. So everybody can try to be so brave. Beware!
środa, 01 listopada 2006
Pocztówki z okresu zmian wszelakich
Muszę coś zrobić z włosami,
muszę coś zrobić z oczami,
bo tak mi jakoś ciemno
A to jeszcze nie koniec!
wtorek, 31 października 2006
Element pracujący, czyli o polowaniach na preteksty
Autor ma siedzieć właśnie nad projektem z urbany. Ma już dość CADa, więc, wpatrując się tępo w monitor, szuka pretekstów do kolejnych przerw lub odwlekania działań. Kici kici... - nawołuje, ale preteksty są niewzruszone, żaden nawet nosa nie wychyli. Cóż - musi Autor sam sobie radzić, więc, niczym doktor Frankenstein, powołuje do życia własne preteksty. Czytacie właśnie jeden z nich.
Generalnie - w Tampere nastała zima. Przedwczoraj przeszła pierwsza śnieżyca, a wczoraj śnieg zalegał już solidną warstwą bieli. Warto dodać, że wcale nie przekreśliło to słonecznej pogody - przeciwnie, dopisała wyjątkowo, więc studenci międzynarodowi rzucili się z entuzjazmem i aparatami, by spacerować, ładować baterie i uwieczniać. W tej liczbie znaleźli się również Autor i Becia, czego efekty pojawią się tutaj już wkrótce.
Poza tym jednak - nastał bardzo pracowity okres. Dzisiejsze korekty z projektu, a przede wszystkim - jutrzejszy przegląd z urbanistyki skutecznie przykuły Autora do (fińskiej) klawiatury i (całkiem zgrabnego) monitora. Jeszcze skuteczniej, niestety, przesunęły ciepłe łóżeczko w sferę najdalszych marzeń i fantazji, tym mocniej tkwiących pod powiekami, im mocniej próbuje się o nich nie myśleć. Malutką łyżeczką miodu była w tym wszystkim korekta w osobistym wykonaniu profesora Hannu Tikki oraz Jari Jatsonena, specjalisty od saun i nieoficjalnego ambasadora architektury japońskiej w Finlandii. Korekta wyjątkowo, jak na tutejsze podejście do studentów zagranicznych, treściwa, konkretna i rzeczowa. Znaczy się - po prostu korekta, a nie model dobrze, pracuj dalej. Oby takich więcej.
W związku z tym nawałem Autor zapowiada aktywność mocno ograniczoną, jak to miało miejsce w ostatnich dniach. A że w czwartek wieczorem wyrusza na kilkudniową eskapadę do Laponii i Norwegii, to dzisiejsze wpisy mogą być ostatnimi w przeciągu tygodnia. Mimo wszystko - poleca się trzymać rękę na pulsie. You never know / shit happens.
(Polskie znaki dodano dzień po napisaniu wpisu, stąd wskazane cofnięcie daty o jeden.)
|